„Dziewczyna z pociągu” – długa droga w dół

„Dziewczyna z pociągu” – długa droga w dół

Pierwszego lutego 2015 roku na rynku wydawniczym pojawiła się „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins. Książka zadebiutowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa” i utrzymywała się na tej pozycji przez czternaście (!) tygodni. Entuzjastyczne recenzje, tłumy zachwyconych czytelników i miliony egzemplarzy sprzedanych na całym świecie – wszystko to kazało przypuszczać, że prędzej czy później doczekamy się ekranizacji tej niezwykle popularnej powieści. I tak, zgodnie z przypuszczeniami (i prawami marketingu), na ekrany kin wchodzi właśnie „Dziewczyna w pociągu” w reżyserii Tate'a Taylora.

 

Przy okazji premier filmowych adaptacji kolejnych bestsellerów dają się słyszeć głosy oburzonych fanów powieściowych pierwowzorów, że film różni się od książki, jak również wywoływane przez krytyków jałowe dyskusje o tym czy w ogóle można porównywać ekranizację do powieści, skoro powinno się je traktować jako odrębne, niezależne od siebie dzieła z różnych światów. Krytycy mają rację, cóż z tego jednak, kiedy większość ludzi (w tym ja) stosuje system „najpierw książka, później film”, w którym porównywania uniknąć się nie da? Uprzedzę jeszcze, że nie jestem fanką powieści, aby nikt już nie miał wątpliwości co do tego jak subiektywna będzie ta recenzja. No dobrze, tyle tytułem wstępu. Zapnijcie pasy, ruszamy.

 

Główną bohaterką „Dziewczyny z pociągu” jest Rachel (Emily Blunt). Poznajemy ją w nie najlepszym okresie jej życia. Zdradzona i porzucona przez męża (który zdążył już założyć nową rodzinę), wciąż liże rany i cierpi tak, jak gdyby jej świat zawalił się zaledwie wczoraj, a nie ponad dwa lata temu. Ukojenia szuka w alkoholu i podróżach pociągiem donikąd, jako że z powodu pierwszego leku na całe zło wyrzucono ją z pracy.

 

Pustkę w swoim życiu Rachel próbuje wypełnić fantazjami o szczęściu idealnej pary, którą od dawna obserwuje przez okno pociągu. Pewnego dnia nasza bohaterka widzi jednak coś, czego nie powinna była zobaczyć. Niedługo potem kobieta uosabiająca wszystko, co Rachel straciła (dobra Haley Bennett), przepada bez wieści, a nasza dziewczyna z pociągu czuje, że musi pomóc w jej poszukiwaniach. Na własną rękę rozpoczyna więc śledztwo, w wyniku którego odkryje nie tylko co się stało z zaginioną...

„Dziewczyna z pociągu” Taylora okazała się bowiem przyzwoitym dreszczowcem, filmem całkiem dobrym, a już na pewno produktem lepszym niż powieściowy pierwowzór.

Jak już pisałam, nie należę do grona wielbicieli powieści, której fenomenu nie potrafię zrozumieć. Intryga kryminalna, na jakiej opiera się cała opowieść jest jak dla mnie tak wątła i łatwa do rozwikłania, że historia szybko traci napięcie i staje się przewidywalna. Przyznam też, że książkę czytało się mi o tyle trudnej, że nie udało się mi zapałać sympatią do żadnej z występujących w niej postaci – równie antypatycznych, co irytujących. Jak łatwo się domyślić, po ekranizacji nie spodziewałam się niczego dobrego. A jednak wizyta w kinie przyniosła zaskoczenie. „Dziewczyna z pociągu” Taylora okazała się bowiem przyzwoitym dreszczowcem, filmem całkiem dobrym, a już na pewno produktem lepszym niż powieściowy pierwowzór.

 

Tate Taylor ma rękę do kina kobiecego, co udowodnił już w „Służących”, które podbiły serca tysięcy pań na całym świecie. „Dziewczyna...” potwierdza, że reżyser rozumie kobiety jak mało kto we współczesnym kinie. Generalnie twórca pozostaje wierny książce, zdecydował się jednak na przesunięcie kilku akcentów i zmianę paru drobiazgów, co znacząco (na plus!) wpływa zarówno na konstrukcję postaci, jak i odbiór filmu jako całości. Przede wszystkim bohaterowie historii (w większości) dają się u Taylera lubić, a przynajmniej łatwo zrozumieć ich motywacje i zachowanie, co w powieści nie zawsze było możliwe. Twórca „Służących” wzbogacił i ubarwił bohaterów tej historii, dzięki czemu przydał im też realności. Nie pozostaje to bez znaczenia dla odbioru filmu – łatwiej nam przecież przejąć się losem pełnokrwistych niż papierowych postaci.

 

Empatia ma w przypadku „Dziewczyny...” zasadnicze znaczenie, dużo zależy bowiem od tego jakie emocje wzbudzi w nas główna bohaterka, która, co tu kryć, przez większość filmu przedstawia sobą smutny i dość żałosny widok. Emily Blunt brawurowo wcieliła się w rolę permanentnie nietrzeźwej dziewczyny, której nałóg zdążył już odcisnąć piętno na życiu i twarzy. Drżące ręce, rozbiegane spojrzenie i cieknący nos – tak właśnie wygląda kobieta złamana ogromem nieszczęścia, jakie na nią spadło. Blunt świetnie oddała stan swojej bohaterki, która z jednej strony rozpaczliwie potrzebuje kontaktu z innym człowiekiem, a z drugiej nie potrafi żyć bez alkoholu, głównej przyczyny swojego obecnego stanu. Desperacja, smutek i samotność aż biją od tej postaci, którą ma się ochotę jednocześnie pocieszyć, jak i potrząsnąć, żeby się wreszcie otrząsnęła i zrobiła coś ze swoim życiem. Krótko mówiąc: świetna rola. Ponadto Emily Blunt nie boi się wypaść na ekranie niekorzystnie, a że Taylor postanowił realistycznie przedstawić piekło alkoholizmu, to pojawiają się w jego filmie sceny, które świetnie wpasowałyby się swoją brutalnością do „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego. W równie brutalny sposób, co kamera, obchodzi się z bohaterką też jej życie i ludzie, których ma nieszczęście spotkać na swojej drodze, ostrzegam więc, że film Taylora bywa przykry w odbiorze. Mówiąc o klimacie tej ponurej opowieści, nie sposób nie wspomnieć też jednak o kreujących go zdjęciach Charlotte Bruus Christensen („Z dala od zgiełku”, „Polowanie”), które nie pozwalają nam zapomnieć, że nawet w tak złym świecie, w jakim osadzona jest historia dziewczyny z pociągu, znaleźć można okruchy piękna.

 

Tate Taylor równa się sprawna reżyseria – nikogo, kto widział „Służące” nie muszę chyba o tym przekonywać. A jednak w pierwszej części jego nowej produkcji widać pewien brak zaufania co do języka filmu (i inteligencji widza). Mam tu na myśli zupełnie niepotrzebne napisy (inspirowane budową powieści) tłumaczące z czyjej perspektywy będzie nam teraz opowiadana historia, które później jednak na szczęście znikają. Ta drobna kwestia wydaje się emblematyczna dla oceny całego filmu. Im dalej od książki, tym lepiej dla filmu Taylora, co nie zmienia jednak faktu, że bazując na słabym utworze, nie da się stworzyć arcydzieła. Ekranizacja „Dziewczyny z pociągu” pozostaje więc tym, co jej powieściowy pierwowzór – miłą rozrywką na wieczór, o której szybko jednak zapomnicie.

_________________________________________________________________________________________________________________